Dzisiaj jest: 17 Styczeń 2018    |    Imieniny obchodzą: Marian, Jan, Antoni

Biedny miś Jerzy Miller i jego irytujące poczucie krzywdy

Jerzy Miller odzyskał głos. W wywiadzie dla Onetu krzyczy: „Nas interesowała tylko prawda!” i zarzuca szefowi MON oraz komisji Berczyńskiego pomówienia.

details-images

Nie musi niestety mierzyć się z pytaniami o masę własnych zaniedbań, bo takowe nie padają. Wierzę, że przyjdzie na nie czas, a były wicepremier będzie wówczas odpowiadał pod przysięgą.

Odświeżmy mu pamięć ws. dokonań jego komisji.

Zacznę od końca. Na ostatnie pytanie, czy uważa, że „obecna władza może chcieć postawić zarzuty karne” jemu lub Tuskowi, Miller odpowiada:

Zupełnie o to nie dbam. Mnie interesuje los ludzi, którzy na moją prośbę ciężko pracowali przez 16 miesięcy, żeby wyjaśnić tę katastrofę. Znieśli presję, zarzuty przekrętów i ukrywania dowodów. A dziś są obrażani, upokarzani, zwalniani z pracy — taką dostają zapłatę od organów swojego państwa. O nich się boję. Wszystko się we mnie gotuje, jak widzę, jak się ich traktuje.

A we mnie wszystko się gotuje, gdy czytam tak buńczuczne słowa. „Ciężka praca” ludzi Millera rozpoczęła się przecież od jasnej wytycznej:

Albo zadbamy o jednolity przekaz, który nie sprzyja budowaniu mitów i  podejrzeń, albo sami sobie ukręcimy bicz na własne plecy.

To zdanie Millera, ujawnione w ubiegłym tygodniu przez komisję Berczyńskiego było de facto mottem prac KBWLLP. Wyznaczyło kierunek wszystkiego, co działo się przez kolejne 16 miesięcy. Zupełnie jak pierwsze spotkanie Donalda Tuska po katastrofie – nie z ministrami spraw zagranicznych, sprawiedliwości, szefami służb specjalnych i ekspertami od prawa międzynarodowego, lecz z Ewą Kopacz, Tomaszem Arabskim, Pawłem Grasiem i Igorem Ostachowiczem. Tam też chodziło nie o skuteczność w zabezpieczaniu polskiego interesu przy wyjaśnianiu tragedii, a o „przekaz” i uniknięcie „ukręcenia bicza na własne plecy”.

„Obrażani, upokarzani i zwalniani z pracy” byli nie propagandyści pod kierownictwem Millera, lecz ludzie, którzy mieli odwagę stawiać jakże słuszne pytania o mataczenie i błędy w procesie badania katastrofy. Mam na myśli naukowców – przypomnę, że chodzi o 114 osób z co najmniej tytułami doktora habilitowanego zrzeszonych w komitecie inspirującym i doradczym Konferencji Smoleńskiej - a także wielu dziennikarzy, duchownych i zwykłych ludzi, uczestniczących w marszach, organizujących się w stowarzyszenia, upamiętniających ofiary czy domagających się uczciwego śledztwa.

Na marginesie – zarzuty należą się i Tuskowi i Millerowi. Do ich postawienia pierwszemu wystarczy chłodna analiza konstytucji oraz zdarzeń i decyzji z pierwszych godzin oraz dni po tragedii (wstępną, kapitalną robotę wykonała tu Natalia Wojtanowska w drobnej, acz ważnej książce „Aspekty prawne katastrofy smoleńskiej”). W kwestii drugiego wyjść można choćby od memorandum podpisanego przez Millera w Moskwie 31 maja 2010 r. pozostawiającego czarne skrzynki w rękach rosyjskich do zakończenia rosyjskiego „śledztwa lub dochodzenia sądowego” - a zatem w zasadzie na zawsze! Kto nie pamięta, co podpisał Miller, może zajrzeć tu, zwłaszcza na do art. 3. Właśnie dlatego rosyjski ambasador może dziś z kamienną twarzą słowami o trwającym rosyjskim śledztwie odpowiadać na pytanie, kiedy Rosja zwróci rejestratory. Dziękujemy, panie Miller, za tę ciężką pracę!

Fot MAKFot MAK

Podobnie zresztą rzecz ma się z prokuratorami wojskowymi. W ich przypadku jesteśmy nieco bliżej pociągnięcia do odpowiedzialności karnej, po tym jak wznowiono śledztwo (skandalicznie umorzone w 2014 r.) dotyczące niedopełnienia przez nich obowiązków.

Aby napisać rzetelne ad vocem do wywiadu Millera trzeba by było wielu stron i przypominania setek faktów. Na to przyjdzie jeszcze czas i w wymiarze publicystycznym i karnym. Pozwolę tu sobie przypomnieć kilka zdarzeń, które dowodzą, jak „rzetelnie” pracowała dowodzona przez niego komisja.

Miller mówi dziś:

Już 10 kwietnia nasi specjaliści byli na miejscu i bezzwłocznie podjęli badania.

Doprawdy? A gdzie są wyniki tych badań? W raporcie KBWLLP nie ma po nich śladu. I być nie może, bo takich badań nie było. Owszem, paru polskich ekspertów było w Smoleńsku 10 kwietnia (np. metalurga na tej liście jednak nie odnajdziemy). Nawet coś tam zobaczyli, ale żadnych badań nie prowadzili. Do samego końca zaś komisja Millera liczyła, że wyniki badań przekażą Rosjanie. Nie zrobili tego. Więcej – nie przekazali nawet zdjęć wraku z 10 kwietnia. Skąd to wiemy? A stąd – z polskich uwag do raportu MAK (strona 5, 6 i dalsze).

Podsumował to już przed trzema laty na wPolityce.pl Marek Dąbrowski, dziś członek komisji Berczyńskiego.

A dlaczego komisja Millera nie badała wraku?

Ze względu na cel przyjęty przez Komisję uznała ona, że jej praca nie wymaga badania miejsca katastrofy, ani badania wraku. Do ustalenia przyczyn wystarczyło badanie trajektorii lotu do zderzenia z brzozą. Mimo to  Komisja oglądała szczątki samolotu i  wykonała szereg zdjęć zarówno wraku samolotu jak i  terenu katastrofy. Komisja uznała jednak, że  lepsze jakościowo są  zdjęcia pana Sergiusza Amielina mieszkającego w Smoleńsku i wykorzystała w raporcie szereg zdjęć wykonanych przez niego.

Powyższy cytat to fragment sprawozdania prof. Piotra Witakowkiego z konferencji „Mechanika w lotnictwie ” W Kazimierzu Dolnym w 2012 r. Całość znajduje się tutaj.

I można by tak długo konfrontować z faktami tezę o rzekomej wnikliwości Millera. Badania na obecność materiałów wybuchowych? W tej mierze Miller z Laskiem zawsze wyciągali na stół ekspertyzę Wojskowego Instytutu Chemii i Radiometrii. Oto i ona

Badanie zleciła nie KBWLLP, lecz prokuratura. To akurat nie ma większego znaczenia. Lepsze, że przekazano do analizy 9 (słownie: dziewięć!) próbek, w tym: but, wycinek swetra, dwa banknoty, kawałek parasolki, dwa wycinki spodni, książkę i wycinek rękawa. Nie badano próbek pobranych z wraku ani z gleby. Co więcej, Instytut nie posiadał certyfikatu do analiz dotyczących eksplozji. To wszystko nie przeszkadzało komisji Millera. 14-stronicowy raport WICiR wystarczył do zamknięcia dywagacji nad ewentualnym wybuchem. Jego wiarygodność była dla prokuratury jednak niewiele warta, dlatego po dwóch latach (!) pobrano ponad 700 próbek i poddano szczegółowym badaniom. Tu do gry weszło Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji, które badania ordynarnie skręciło, co ujawniliśmy we „wSieci”.

CZYTAJ WIĘCEJ: A jednak materiały wybuchowe? Biegli jeszcze przed badaniem próbek z TU-154 wiedzieli, co napiszą w raporcie. Tuskowi to się podoba!

CZYTAJ TAKŻE: Sensacyjne ustalenia ws. materiałów wybuchowych 10/04 przetłumaczone na angielski. PRZEŚLIJ znajomym za granicą!

A później złapaliśmy „ekspertów” z CLKP za rękę:

CZYTAJ WIĘCEJ: Tego już nie da się wytłumaczyć! CLKP wpadło we własne sidła. Próbki ze Smoleńska muszą być zbadane jeszcze raz

Jeśli ktoś chciałby zagłębić się w naukowe szczegóły tej manipulacji, odsyłam do referatów śp. prof. Krystyny Kamieńskiej-Treli i prof. Sławomira Szymańskiego: Część I. Część II.

Wracając do komisji Millera – można by zapytać: gdzie wyniki badania brzozy i naukowe sprawdzenie możliwości przecięcia skrzydła przez to drzewo? Gdzie analiza oczyszczonych nagrań z rejestratora głosowego? Gdzie badania np. w tunelu aerodynamicznym nad możliwością obrócenia się TU-154M o 150 stopni? Gdzie analiza rozrzutu szczątków maszyny? Itd.

Odpowiedzi na wszystkie te pytania brzmią tak samo: Nie ma. Nie podjęto takich badań.

Miler mówi jeszcze wiele innych bzdur, np. że „mieliśmy wpływ” na raport MAK czy – w odpowiedzi na pytanie o oddanie postępowania wyjaśniającego stronie rosyjskiej - „Nic Rosjanom nie oddaliśmy”. W rzeczywistości oddaliśmy wszystko – nie tylko możliwość prowadzenia badania (Konwencja Chicagowska zamiast dwustronnego porozumienia między resortami obrony narodowej), ale nawet czarne skrzynki dzięki podpisowi Millera pod wspomnianym memorandum z 2010 r.

Strona polska była wobec Moskwy uległa do tego stopnia, że gdy MAK zakończył swoje działania wokół tragedii z 10/04 i zamiast (zgodnie z Konwencją) zwrócić wrak Polsce, przekazał go rosyjskiemu Komitetowi Śledczemu, nasz rząd nawet nie zaprotestował. A było to jawne pogwałcenie zapisów prawa międzynarodowego. Nie odezwał się wówczas ani Donald Tusk ani kierujący komisją Jerzy Miller, tak ochoczo namawiający podwładnych do opierania się na Konwencji. Przypomnijmy, co nim kierowało:

Przyjęcie dla potrzeb strony rosyjskiej interpretacji, że mamy do czynienia z wypadkiem, w którym lot miał charakter pasażerski.

Tak się kończy działanie na potrzeby rosyjskich interpretacji. Ciekawe, czy tymi samymi pobudkami kieruje się Jerzy Miller dziś doradzając ukraińskiemu rządowi w projektowaniu reform? Jeśli tak, będzie miał na rozkładzie interes już dwóch państw…

Zdjęcie Marek Pyza

Marek Pyza

Dziennikarz radiowy, prasowy i telewizyjny. Były redaktor naczelny portalu wPolityce.pl. Dziennikarz tygodnika "wSieci". Do 28 listopada 2012 r. w tygodniku "Uważam Rze". Wcześniej m.in. prowadził autorski program w radiu TOK FM, reporter TV Puls, "Panoramy" i „Wiadomości" TVP, gdzie zajmował się przede wszystkim aferą hazardową i katastrofą smoleńską. Wyrzucony z Telewizji Polskiej w październiku 2010 r.

wpolityce.pl