Dzisiaj jest: 18 Styczeń 2018    |    Imieniny obchodzą: Piotr, Małgorzata

Odzyskują wiarę i zdrowie

Pan Bóg leczy ciało i duszę. Działa delikatnie, w odpowiednim momencie, w tylko sobie znany sposób. Trzeba jedynie chcieć przyjąć Jego łaskę. Wiele przypadków uzdrowień, choć po ludzku niepojętych, dzieje się wokół nas nieustannie.

details-images
Trzeba tylko otworzyć oczy i serce.

Cud uzdrowienia

Dwudziestokilkulatek z Wesołej w maju ubiegłego roku wybrał się na maraton do Torunia. Bieg zakończył jednak nie na mecie, ale w szpitalu.

– Diagnoza była porażająca – stan krytyczny po udarze cieplnym mózgu i wątroby, rozpad mięśni – wspomina pani Mirosława, mama Mariusza.

Początkowo chłopak miał być przewieziony do specjalistycznego szpitala w Łodzi, ale stan jego zdrowia na to nie pozwalał. Lekarze nie dawali mu większej nadziei na powrót do zdrowia.

– Od razu zaalarmowaliśmy rodzinę i wszystkich znajomych, aby modlili się w intencji syna. Powstał duży krąg ludzi czuwających duchowo nad Mariuszem. Nas pokierowano w Toruniu do Domu Pielgrzyma przy sanktuarium Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Zajęli się nami ojcowie redemptoryści. Zamówiliśmy Mszę św. o uzdrowienie – mówi pani Mirosława. Wiele osób podjęło w tej intencji post o chlebie i wodzie.

Sąsiadka z Wesołej zaproponowała modlitwę wstawienniczą o uzdrowienie syna. Miała się ona odbyć w szpitalu przy chorym. Choć wstęp do Mariusza miała tylko najbliższa rodzina, lekarze wyrazili zgodę. Mówili zresztą wprost, że nie byli w stanie już więcej zrobić i tylko Boża interwencja mogła w tej sytuacji pomóc.

– Kiedy dowiedziałam się o tym, co się przydarzyło Mariuszowi, poczułam przynaglenie, aby pojechać do Torunia z modlitwą. Taki był pierwszy odruch. Za chwilę jednak stoczyłam ogromną duchową walkę, ponieważ nasze rodziny bardzo długo sąsiadowały ze sobą i przypomniały mi się różne przykre rzeczy między nami, szatan zaczął siać zwątpienie. Ale modliłam się, „Boże, co Ty byś uczynił na moim miejscu?” – wspomina pani Wanda. Duch Boży zwyciężył. 3 maja pani Wanda razem dwójką przyjaciół ze wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym „Zwiastowanie” pojechała do Torunia. Najpierw była wspólna Eucharystia w intencji uzdrowienia Mariusza w sanktuarium Matki Bożej Nieustającej Pomocy, potem modlitwa wstawiennicza nad chorym.

– Na drugi dzień, 4 maja, syn zaczął odzyskiwać przytomność. Lekarze byli zaskoczeni tak szybkim powrotem do zdrowia – z radością przypomina pani Mirosława.

Podkreśla, iż wcześniej lekarze zapowiadali, że jeśli Mariusz w ogóle się wybudzi ze śpiączki, to będzie potrzebował rehabilitacji – nauki wstawania, chodzenia… Tymczasem on wstał z dnia na dzień, jakby wszystko natychmiast od niego odeszło.

Pani Mirosława dodaje, że usłyszała od lekarzy o podobnym medycznym przypadku, który wydarzył się ponad rok temu.

– Do szpitala została przewieziona dziewczyna po udarze, ona miała przeszczep wątroby. A u syna nie wiadomo, w jaki sposób, wątroba sama się zregenerowała. Obecnie nie ma żad- nych ubytków na zdrowiu – mówi pani Mirosława. I dodaje, że cały czas dziękuje Panu Bogu za otrzymane łaski. Wróciła niedawno z mężem z pieszej pielgrzymki na Jasną Górę.

– To był niewątpliwie dar od Pana Boga, cud, który się wydarzył – nie ma wątpliwości pani Wanda, która w posłudze grupy wstawienniczej widziała już takie działanie Niebios. – Kilka lat wcześniej modliliśmy się w Rembertowie nad kobietą, której lekarze nie dawali szans na przeżycie. Pan Bóg chciał inaczej – mówi.

Tylko Jezus leczy

Pan Bóg leczy nie tylko ciało, ale także duszę. Historia Lecha Dokowicza, dziś znanego twórcy wartościowych filmów („Syndrom”, „Duch”, „Boskie oblicze”), zaczęła się, gdy miał 13-14 lat. – Zaprowadzono mnie do człowieka, który nazywał się Harris i jeździł po Polsce jako uzdrowiciel. Po dwóch wizytach u niego zaczął się mój powolny proces odchodzenia od Boga – wspomina. Kiedy miał 18 lat, nadarzyła się okazja do wyjazdu do Niemiec. Na początku lat 90. w Europie rozpoczęło się coś, co dziś jest określane mianem muzyki techno, generowanej przez komputery. – Moje korzenie również tkwiły w muzyce elektronicznej, więc bardzo szybko, z radością zanurzyłem się w tym nowym świecie – zaznacza Lech Dokowicz, który często dzieli się swoim świadectwem. Co roku opowiada swoją historię studentom pierwszego roku Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej.

Leszek, angażując się w muzykę techno, poznał jednego z ideologów tego ruchu, profesora amerykańskiej szkoły filmowej, który wówczas prowadził doświadczenia ze światłem w nocnych klubach oraz tworzył filmy oddziałujące na podświadomość, które były emitowane podczas wielkich imprez techno. Leszek został jego uczniem. – Duchową podstawą ruchu techno był buddyzm i zen. Obserwowałem wszystko, co się działo na scenie, poznawałem metajęzyk, którym się tam porozumiewano. Zimą 1996 roku coś się zmieniło. Do tej pory muzyka była bardzo pozytywna, przedstawiany obraz świata był nawiązaniem do czasów hippisów, jednak teraz dźwięki stały się ciemniejsze, było więcej uderzeń na minutę, pojawiła się agresja – wspomina.

Od tego momentu działy się różne rzeczy, które zaczęły go zastanawiać.

Kulminacja nastąpiła w nocy z 30 kwietnia na 1 maja, kiedy miał obsługiwać w Dortmundzie największą na świecie imprezę techno May Day. Tej nocy według starogermańskich wierzeń bogini miłości łączy się z bogiem wojny; z połączenia seksu i przemocy powstaje perwersja. Tej nocy miała nastąpić także inicjacja Leszka. Miał się dowiedzieć, kim są, co robią i dlaczego ludzie, z którymi pracował.

– O godzinie pierwszej w nocy zmienił się skład prowadzący – przy laserach, światłach, wideo i muzyce zasiadł tak zwany pierwszy garnitur. Peter rozpoczął podawanie zapowiedzianych obrazów. Były straszne, przedstawiały walkę w świecie, która miała doprowadzić do potężnej wojny atomowej i zniszczenia ludzkości. W pewnym momencie prezentowane symbole stały się bardzo czytelne – i wówczas z zupełną jasnością zrozumiałem, co się dzieje i z kim naprawdę mam do czynienia. Zrozumiałem, że ci ludzie, z Peterem na czele, to sataniści, którzy prowadzą młodzież całego świata na zatracenie, że ja jestem jednym z nich i że nie ma dla mnie już odwrotu – wyznaje Lech Dokowicz.

Idodaje, że stanęła wówczas przed nim wizja życia w przepychu, ale za chwilę przeżył coś zupełnie przeciwnego – poczuł, że jednak na końcu tego wszystkiego czeka go wieczne potępienie. – Poczułem, że moja dusza spada w ciemność. To był potężny, straszliwie beznadziejny, okropny w odczuciu lot. Wtedy, nie wiedząc w zasadzie, co robię, jak człowiek mający pistolet przystawiony do skroni, niczym tonący w fali rozhukanej muzyki i świateł, gdzie wszystko było na najwyższym poziomie energetycznym, upadłem na kolana i zacząłem wołać: „Ojcze nasz…”.

A kiedy tylko wypowiedziałem pierwsze słowa modlitwy, zobaczyłem białą postać Michała Archanioła z mieczem w ręku. Zadał mi trzy pytania: „Czy wierzysz w Boga? Czy zaprzeczasz szatanowi? Czy chcesz z nim walczyć?”. Na wszystkie pytania odpowiedziałem: „Tak”. Wtedy archanioł kazał mi wstać i iść w stronę światła – mówi, świadcząc o wydarzeniach z 1 maja 1996 roku, o tym, jak bezpiecznie opuścił tamto miejsce, przedostał się do Berlina, a następnie do Polski, gdzie poczuł się duchowo bezpieczny.

Od melanżu do Pana Boga

11 lat staczał się w otchłań. Papierosy, alkohol, marihuana, heroina i inne narkotyki. Doprowadziło go to na samo dno. – Obudziłem się rano w „mojej” piwnicy. Zimny, grudniowy dzień. Na mojej nodze siedział szczur i żywił się zropiałymi strupami. Wtedy pierwszy raz uświadomiłem sobie, że jeśli mój organizm będzie „łaskawy”, to jeszcze kilka razy „przywalę”, ale w końcu nie będę w stanie przyjąć kolejnej dawki narkotyku… i zdechnę jak pies na ulicy. A potem wsadzą mnie do worka i zakopią – tak Andrzej Sowa, uleczony narkoman, nazywany „Kogutem”, opowiada o początkach swojego nawrócenia.

Obecnie zajmuje się profilaktyką przeciwnarkotykową, jeździ po Polsce i ostrzega młodych przed błędami, które sam popełnił.

Życie Andrzeja Sowy od liceum do 26. roku życia to – jak sam mówi – nieustanny melanż, bunt przeciw wartościom, Panu Bogu, przeciw wszystkiemu. Kiedy miał 18 lat, zawalił szkołę, pokłócił się z rodzicami, dwa dni później zamieszkał u kolegi. Popłynął na całego – kapela rockowa, alkohol, LSD, grzyby halucynogenne, gangi złodziejskie, sprawy kryminalne.

Od 16. roku życia nie chodził do kościoła, interesował się wróżbiarstwem, energoterapią, wahadełkami. – Byłem pod silnym wpływem demonicznym, brałem udział w seansach spirytystycznych – wspomina. Kiedyś po grzybkach halucynogennych chciał wejść przez lustro do krainy królewny Śnieżki, tyle że to było okno na 4. piętrze… Koledzy zdążyli go uratować.

Kiedy osiągnął już zupełne dno, spotkał dziewczynę z kapeli, która nawróciła się w Jarocinie dzięki grupie ewangelizacyjnej.

– Zacząłem u niej pomieszkiwać. Oszukiwałem ją, wyciągałem pieniądze na rzekome długi narkotykowe, ale ćpałem za nie. Ona zaproponowała mi udział w „imprezie”, dopiero w pociągu dotarło do mnie, że chodzi o rekolekcje. Myślałem, że wyskoczę, ale w końcu stwierdziłem, że pojadę i „rozpierniczę” imprezę tym „nawiedzonym Jezuskom” – mówi Andrzej Sowa. I tak trafił do Konarzewa pod Poznaniem. Kiedy za bardzo interesowali się, kim jest, uznał, że nie będzie uczestniczył w tej „porąbanej szopce”. Uciekł na przystanek, ale drzwi w autobusie się nie otworzyły i nie odjechał. To był wieczór 1 lutego 1993 roku, bardzo zimny, postanowił więc wrócić i przespać się z „oszołomami”.

– Wszedłem do kościoła, usiadłem w konfesjonale i zasnąłem. Kiedy przebudziłem się z narkotykowego amoku, rozwaliło mnie świadectwo dziewczyny gwałconej przez faceta swojej matki. Zostałem na rekolekcjach – wspomina „Kogut”. – Był taki moment, że Marzena chciała się wyspowiadać, ale mnie nie chciało się siedzieć w kościele. Podszedłem więc do kolejki, żeby ją wpuścili. Wtedy usłyszałem: „Kogut, ciebie wpuścimy bez kolejki” – mówi Andrzej. Kiedy wszedł do konfesjonału, zaczął od napaści na Kościół, księży.

– W pół godziny wypstrykałem się z argumentów, a wtedy ksiądz objął mnie ramieniem i powiedział: „Andrzej, czy ty masz świadomość, że złamałeś wszystkie 10 przykazań?”. Nie wiem, ile trwała spowiedź, ale wszyscy z kościoła sobie poszli. Ksiądz spytał na koniec, czy żałuję. A ja, że pewnie, że żałuję, bo jestem skończonym człowiekiem. Kiedy udzielił mi rozgrzeszenia, zrozumiałem, jak wielka jest miłość Boga, zobaczyłem sens spotkań Jezusa z celnikami, prostytutkami – wyznaje Andrzej Sowa.

Wówczas poczuł się tak, jakby mu ktoś zerwał skorupę, którą przez 11 lat na siebie nakładał. Jednak za jakiś czas przyszedł głód narkotykowy i Andrzej chciał wyjechać po działkę. Ksiądz zgodził się, ale prosił, by został jeszcze na modlitwie wstawienniczej.

– Kiedy modlono się nade mną, zaczęły mnie przenikać dreszcze. Po 5 minutach od modlitwy wstałem, zacząłem biegać i szukać jedzenia. Byłem głodny, ale to nie był głód narkotykowy. Dziwiłem się, bo na głodzie nie byłem w stanie jeść. Czułem się świetnie i nie musiałem już nigdzie jechać – tak Andrzej Sowa wspomina moment uleczenia, moment Bożej łaski.

To było 20 lat temu i od tego czasu medycyna nie jest w stanie wyjaśnić tego, co się wówczas wydarzyło. – Ale nie jest mi to potrzebne, bo ja wiem, dzięki Komu stąpam po tej ziemi, że to Jezus, mój Zbawiciel, dał mi nowe życie – podkreśla Andrzej.

W artykule zamieściłam tylko trzy historie obrazujące działanie Boga. Jednak nie są to odosobnione przypadki. Wchodząc do sanktuariów, widzimy wota złożone Panu Bogu, Maryi. Każde jest podziękowaniem za otrzymane łaski. Boża moc ma nieograniczone możliwości, z naszej strony potrzebna jest wiara.

Katarzyna Cegielska