Dzisiaj jest: 18 Styczeń 2018    |    Imieniny obchodzą: Piotr, Małgorzata

Ocalona z aborcji

Z Melissą Ohden, amerykańską działaczką pro-life, założycielką The Abortion Survivors Network, rozmawia Mariusz Bober

details-images


Doświadczyła Pani makabrycznej aborcji przy użyciu roztworu soli, który dziecko połyka, co powoduje jego śmierć w strasznych cierpieniach. Jak to się stało, że Pani przeżyła?
- Lekarze jasno stwierdzili, że z medycznego punktu widzenia nie można wyjaśnić, dlaczego przeżyłam i dlaczego jestem całkowicie zdrowa. Dla mnie odpowiedź jest jasna: to była interwencja Boga! Chciałabym jednak zauważyć, że choć liczba osób, które przeżyły aborcję, w porównaniu z liczbą takich "zabiegów" jest relatywnie niska, to jednak wiemy już, że żyje znacznie więcej takich ludzi, niż wielu z nas się wydaje. Z danych amerykańskiego Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorób wynika, że tylko w USA żyje 44 tys. osób, które przeżyły różne rodzaje aborcji (zobacz www.theabortionsurvivors.com). Spotykam osoby, które przeżyły aborcję, gdziekolwiek wyjeżdżam - w USA, Kanadzie czy Australii. Niestety, spotkałam też wiele pielęgniarek, które uczestniczyły w dokonywaniu aborcji za pomocą roztworu soli i widziały nie tylko, jak wiele dzieci zostało w ten sposób zabitych, ale też jak wiele przeżyło takie "zabiegi", a mimo to pozwolono im umrzeć...

W którym miesiącu życia płodowego Pani się urodziła?
- Choć moja biologiczna matka była przekonana w momencie dokonywania aborcji, że mam mniej niż 5 miesięcy, to z danych z karty medycznej wynika jasno, że miałam wtedy 7-8 miesięcy. Po urodzeniu ważyłam tylko 2,14 funta [ok. 1 kg]. Cierpiałam na niewydolność oddechową oraz niewydolność wątroby. Wymagałam wielokrotnych transfuzji krwi. Nie dawano mi wielkich szans na przeżycie. Lekarze uznali, że jeśli pozwoli mi się nadal żyć, będę cierpiała na wiele chorób: ślepotę, głuchotę oraz fizyczne i umysłowe upośledzenie. Mimo to ja nie tylko przeżyłam, ale jestem całkiem zdrowa. Mam 34 lata i jestem żoną, matką i działaczką pro-life.

Przepraszam, może to pytanie zabrzmi brutalnie, ale muszę zapytać: dlaczego Pani matka zdecydowała się na aborcję?
- Chciałabym podkreślić to, czego dowiedziałam się po latach, że mojej biologicznej matce właściwie nie pozostawiono wielkiego wyboru, ktoś inny podjął tę decyzję za nią. Z tego, co mi wiadomo, byli to jej rodzice, a moi dziadkowie, którzy wywierali na nią ogromną presję.

Zaraz po urodzeniu została Pani oddana do adopcji?
- Tuż po nieudanej aborcji i moim urodzeniu moi biologiczni rodzice zaplanowali przekazanie mnie do adopcji, za co jestem im wdzięczna. Dwa miesiące później trafiłam do mojej obecnej, adopcyjnej rodziny. I stał się kolejny cud! Wiem, że to nie jakaś nadzwyczajna opieka medyczna wtedy mi pomogła. Faktem jest jednak, że moi adopcyjni rodzice, a nawet lekarze, pielęgniarki i wolontariusze, którzy opiekowali się mną, wierzyli, że przeżyję, i kochali mnie. Nazywam to "przywracaniem miłością do życia" i wierzę, że wszyscy jesteśmy w stanie zrobić coś dla innych bez względu na to, czym zajmujemy się na tym świecie. Prawdziwym błogosławieństwem było dla mnie, że zaraz po urodzeniu spotkałam trzy pielęgniarki, lekarza i wolontariuszy, którzy opiekowali się mną bardzo troskliwie.

Kiedy poznała Pani prawdę o historii swojego urodzenia?
- Miałam wtedy 14 lat. Co prawda, od początku miałam świadomość, że zostałam adoptowana i urodziłam się przedwcześnie, ale nie miałam pojęcia, że moi biologiczni rodzice nie tylko chcieli, ale też próbowali poddać mnie aborcji.

Prawda musiała być dla Pani bardzo bolesna.
- Dowiedziałam się o tym tylko dlatego, że moja starsza siostra poczęła nieoczekiwanie dziecko. Studiowała wówczas i jak wiele innych młodych kobiet bardzo bała się je urodzić. Kiedy powiedziała o tym rodzicom, postanowili, że najlepszą rzeczą, jaką mogą zrobić dla niej i dla swojego wnuka, to powiedzieć jej prawdę o okolicznościach moich urodzin. Siostra nie przekazała mi tej wiadomości osobiście, ale zachęciła, abym poprosiła rodziców, by ujawnili mi więcej informacji na ten temat. Ta noc, podczas której usłyszałam całą prawdę, zmieniła moje życie. Początkowo czułam się bardzo skrzywdzona i byłam zła, ale te uczucia szybko minęły. Przecież w końcu nie miałam powodów, by się nadal złościć - przeżyłam i otrzymałam dar niezwykłej adopcyjnej rodziny. Więc jestem szczęściarą! A Bóg dał mi niezwykły cel mojego życia na tym świecie.

Daje Pani również świadectwo wiary. W tych trudnych chwilach mocniej odczuła Pani opiekę Pana Boga?
- Wzrastałam w chrześcijańskiej rodzinie, ale odkrycie, że przeżyłam aborcję, jeszcze bardziej umocniło moją wiarę. Musiało jednak upłynąć wiele czasu, zanim w pełni mogłam zaakceptować to, kim jestem, zanim zagoiły się rany z przeszłości i wzmocniłam się na tyle, by występować publicznie i otwarcie mówić o tym, że przeżyłam aborcję. Po raz pierwszy zdecydowałam się na to w 2007 roku. Nie byłabym tym, kim jestem, i nie mogłabym robić tego, co robię, bez Bożej opieki.

Chciała Pani poznać swoich biologicznych rodziców?
- Poświęciłam 10 lat na ich poszukiwania. Właśnie dlatego nie byłam w stanie do 2007 r. "pójść dalej". Chciałam najpierw spróbować skontaktować się z nimi i powiedzieć, że znam prawdę, że doświadczyłam błogosławieństwa jako ocalona z aborcji, że kocham ich i przebaczam...
Znalazłam ich właśnie przed pięciu laty i to była kolejna lekcja mojego życia. Odkryłam, że od 2002 r. mieszkam w tym samym mieście, co mój biologiczny ojciec. Choć wysłałam do niego list w lipcu 2007 r., nigdy nie odpowiedział na niego. Niestety, w styczniu następnego roku zakończył życie. Nigdy się nie dowiem, czy chciał mi odpowiedzieć, ani co myślał o całej tej sprawie, ale jego rodzina, która znalazła mój list po jego śmierci, wierzyła, że chciał kiedyś skontaktować się ze mną. Trudno mu było nawiązać kontakt ze mną, gdy aborcję i mnie usiłował uczynić tajemnicą swojego życia, nawet zabrał ją do grobu...
Mimo to zostawił mi wielki dar po swoim odejściu: swoją rodzinę i szansę, aby zachęcać ludzi do zrobienia tego, czego on nie potrafił zrobić w swoim życiu - mówienia o aborcji, jeśli ktoś został nią dotknięty, i zaangażowania się w ochronę życia. Po śmierci mojego biologicznego ojca, gdy jego rodzina znalazła mój list do niego, skontaktowała się ze mną. Mam teraz bardzo dobre relacje ze swoim dziadkiem i jego siostrą, ale niestety większość rodziny - choć mieszka ona w tym samym mieście, co ja - nie skontaktowała się ze mną do tej pory, włączając moją własną babkę, ciotkę i wujów czy rodzeństwo. Wiem, że śmierć mojego biologicznego ojca bardzo ich dotknęła, a szok z powodu odkrycia tej wielkiej tajemnicy nieudanej aborcji jest wciąż duży, zwłaszcza że mówię publicznie o tym, co się stało. Rozumiem jednak, że taka jest rzeczywistość przeżywanego bólu z powodu tego, co stało się 34 lata temu, a co wciąż jest bardzo niszczącym dla nich uczuciem.
Jeśli zaś chodzi o moją biologiczną matkę, to nigdy jej nie odnalazłam. Utrzymywałam jednak listowny kontakt z jej rodzicami, moimi dziadkami, od 2007 roku. Wymieniliśmy listy i zdjęcia. Ale to był nasz ostatni kontakt. Niestety, dali mi jasno do zrozumienia, że nie przekażą jej przesłania miłości i przebaczenia, o co ich prosiłam. Myślę, że zachowują się tak z powodu tej aborcji sprzed 34 lat, do której zmuszali moją biologiczną matkę, i to wciąż wywiera ogromny wpływ na życie ich wszystkich. Widzę to również w rodzinach, z którymi pracuję. Aborcja zmienia wszystko - ludzi oraz relacje międzyludzkie. Na zawsze.

Nie obawiała się Pani urodzić swojej córki w tym samym szpitalu, w którym próbowano dokonać na Pani aborcji?
- Bardzo się bałam urodzić naszą córeczkę Olivię w tym samym szpitalu. Nie chciałam się na to zgodzić, ale to był i jest najlepszy szpital w mieście, w którym obecnie mieszkamy. Myślałam, że to będzie zbyt trudne, by pojechać tam jeszcze raz, ale Bóg sprawił, że tego dnia spotkałam pielęgniarkę... która była obecna także wtedy, gdy niespodziewanie urodziłam się, i nawet znała moją babkę! Dzielę się tą historią z ludźmi, aby pomóc im zrozumieć dwie ważne rzeczy: przede wszystkim chciałabym, aby każda kobieta mogła chodzić po szpitalu czy klinice, wiedząc, że jest to miejsce, gdzie urodziły swoje dziecko, a nie miejsce, w którym mogło ono stracić życie... Nie boję się już tego szpitala. Nie myślę już tak mocno o tym, że omal nie zostałam tam zabita, ale jest to dla mnie miejsce, w którym urodziła się moja córka. Po drugie, nie ma nic na tym świecie, czego Bóg nie może odkupić. Jeśli mógł odkupić aborcję, której nie udało się przeprowadzić mojej matce w tym szpitalu, czegóż nie mógłby uczynić?

Co powiedziałaby Pani kobietom, które myślą o zabiciu swego poczętego dziecka?
- Chciałabym, aby ludzie zrozumieli, że choćby znaleźli się w nie wiem jak trudnej sytuacji, to aborcja nie jest żadnym rozwiązaniem. Ona nie naprawi ani nie cofnie niczego. Aborcja jedynie uśmierca jednych i zmienia życie tych, którzy jej dokonują, oraz życie ich bliskich, nawet następnych pokoleń, i to na zawsze. Ta jedna decyzja oddziałuje na całe życie. Tymczasem zawsze jest możliwość udzielenia pomocy kobietom w trudnej sytuacji i nadzieja dla nich.

Mówi Pani o sobie, że jest głosem tych, którzy nie mają głosu, a więc dzieci poczętych. W jak sposób przekazuje Pani ich przesłanie?
- Mam stopień magistra w dziedzinie opieki socjalnej. Choć nie wykonuję tego zawodu, to wykorzystuję swoją wiedzę i doświadczenie jako działaczka obrony życia i publicystka. Wystąpiłam na wielu uroczystościach oraz uczestniczyłam w różnych wydarzeniach poświęconych ochronie życia poczętego, zarówno mających charakter edukacyjny, jak i wsparcia dla innych organizacji, a także dla kobiet, mężczyzn i dzieci dotkniętych tym problemem. Założyłam też organizację Ze Względu na Olivię (bo mojej córki Olivii nie byłoby, gdyby powiodło się dokonanie aborcji na mnie, a przecież wielu takim dzieciom nie pozwolono żyć, bo ktoś kiedyś dokonał aborcji na ich rodzicach...), która jest kontynuacją mojej pracy na rzecz edukowania społeczeństwa na temat międzypokoleniowych skutków aborcji. Ostatnio utworzyłam też The Abortion Survivors Network [Sieć Ocalonych z Aborcji], której celem jest zarówno przekazywanie światu informacji o nas, jak też wspieranie naszych kolegów i koleżanek, którzy przeżyli aborcję w innych rejonach świata. To niezwykłe uczucie wysłuchać tak wielu osób, które doświadczyły tego problemu i od dawna czuły się samotne. Razem będziemy kontynuować wysiłki, aby podnosić świadomość społeczeństw na temat skutków aborcji.

Dziękuję za rozmowę.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20120526&;typ=my&id=my03.txt