Dzisiaj jest: 22 Listopad 2017    |    Imieniny obchodzą: Cecylia, Jonatan, Stefan

Bolszewickie metody żony Sikorskiego

Żona Sikorskiego tropi neobolszewików w osobach Trumpa, Orbana i Kaczyńskiego. Bolszewickimi metodami. 6 listopada, gdy ukazał się

details-images

w „Washington Post”, tekst Anne Applebaum (żony Radka Sikorskiego) miał tytuł: „100 lat później, bolszewizm wraca. A my mamy powód do zmartwienia”. 9 listopada ten sam tekst znalazł się w „Gazecie Wyborczej” i już miał tytuł: „Trump, Kaczyński i ich kumple. Bolszewicy wracają”. A powinien mieć: „Bolszewizm wraca w głowach tych, którzy w innych widzą bolszewików”.

 

Część pierwsza kuriozalnego tekstu Applebaum w zasadzie jest streszczeniem tego, co wiemy o kulisach bolszewickiego zamachu stanu, później przedstawianego jako rewolucja. Ale ta część tylko służy do ataku na tych współczesnych polityków, oczywiście demokratycznie wybranych, którzy nie sprostali oczekiwaniom żony Sikorskiego, że będą uprawiać politykę, jaką ona jest w stanie akceptować. I jaka zbawia ludzi, bo jest słuszna. A jest słuszna, bo zbawia ludzi, czyli podtrzymuje najlepszy, ostateczny ustrój w dziejach – liberalną demokrację. Taki sam najlepszy i ostateczny, jakim dla bolszewików był komunizm.

Napisała Applebaum: „W 1917 r. bajki opowiadane przez Lenina, Trockiego i innych zapewniły im wygraną. Z pewnością nie przekonali wszystkich Rosjan czy nawet ich większości, żeby ich poparli. Nie przekonali sowietu piotrogrodzkiego ani innych partii socjalistycznych. Przekonali jednak fanatyczną i oddaną mniejszość, która była gotowa zabijać dla sprawy. A w politycznym chaosie, który nastąpił po abdykacji cara, w mieście sparaliżowanym brakiem żywności, rozrywanym pogłoskami i nawiedzonym przez niechcianą wojnę, okazało się, że fanatyczna i oddana mniejszość wystarczy”. Z tym brakiem żywności to niezupełnie tak, przynajmniej w Petersburgu, podobnie jak z „fanatyczną, oddaną mniejszością”.

Głównym powodem oddania władzy bolszewikom było lenistwo zwolenników rodzącej się republiki wynikające z ich salonowych przekonań o demokracji i generalnie ze zblazowania. Bolszewicy wzięli władzę, gdyż dosłownie leżała na ulicy. Wystarczyło się schylić.

Fakty nie są jednak przesadnie ważne dla Applebaum, bo chodzi jej o współczesność, a nie przeszłość. Napisała więc: „Bolszewicka myśl w 2017 r. nie brzmi dokładnie tak, jak się przedstawiała w roku 1917. (…) Prawdę mówiąc, najbardziej wpływowi współcześni bolszewicy – ludzie, którzy rozpoczęli, podobnie jak Lenin i Trocki, na dalekich peryferiach życia politycznego i zajmują obecnie stanowiska wiążące się z władzą i rzeczywistym wpływem w kilku krajach Zachodu – wywodzą się z zupełnie innej tradycji politycznej. (…) Donald Trump Viktor Orbán, Nigel Farage, Marine Le Pen i Jarosław Kaczyński… Często opisuje się ich jako ‘skrajną prawicę’ czy ‘alternatywną prawicę’, ale ci neobolszewicy mają niewiele wspólnego z tą prawicą, która od czasów II wojny światowej była częścią polityki Zachodu; nie mają też żadnych związków z istniejącymi partiami konserwatywnymi”. Żona Sikorskiego pakuje do jednego wora ludzi wywodzących się z zupełnie innych tradycji i przylepia im epitet „neobolszewicy”. Nie są ociosani jednym toporkiem politycznej poprawności i wedle jedynie słusznej wersji prawicy oraz konserwatyzmu (de facto lewicowości i liberalizmu), więc są uzurpatorami i „neobolszewikami”. Nie jest natomiast neobolszewikiem ktoś, kto nie pozwala innym mieć odmiennych poglądów, odwoływać się do innych tradycji i wyznawać innych niż liberalne wartości (w Ameryce oznacza to całkiem jednoznacznie lewicowość). Applebaum kompletnie nie interesuje przy tym bardzo mocno chrześcijańskie zakorzenienie politycznych projektów Trumpa (protestanta głównego nurtu), Orbana (kalwinisty) czy Kaczyńskiego (katolika). Podejrzewam, że ona tego ani trochę nie rozumie, gdyż dla niej jedyną akceptowalną religią jest religia postępu.

Kompletną bzdurą i przejawem ignorancji jest twierdzenie Applebaum, że „na kontynencie europejskim [neobolszewicy] gardzą chrześcijańską demokracją, która miała polityczny fundament w Kościele i która dążyła do przywróceniu w polityce moralności po koszmarze II wojny. Nie mają też niczego wspólnego z anglosaskim konserwatyzmem, promującym wolny rynek, wolność słowa i konserwatyzm w stylu Burke’a, przez małe ‘k’: sceptycyzm wobec ‘postępowości’, podejrzliwość wobec wszelkiego radykalizmu, przekonanie o znaczeniu zachowania instytucji i wartości. (…) Neobolszewicy z nowej prawicy czy prawicy alternatywnej nie chcą zachować czy utrzymać tego, co istnieje. Nie są zwolennikami poglądów Burke’a, lecz radykałami, którzy chcą obalić istniejące instytucje. Zamiast fałszywej i wprowadzającej w błąd wizji przyszłości, proponowanej przez Lenina i Trockiego, przedstawiają fałszywą i wprowadzającą w błąd wizję przeszłości. Wyczarowują światy złożone z etnicznie czy rasowo czystych narodów, staromodne fabryki, tradycyjne hierarchie męsko-żeńskie i nieprzekraczalne granice. Ich wrogami są osoby homoseksualne, mniejszości rasowe i narodowe, obrońcy praw człowieka, media i sądy. Często nie są prawdziwymi chrześcijanami, lecz cynikami, którzy używają ‘chrześcijaństwa’ jako instrumentu służącego rozpoznaniu się jako plemię, jako sposobu odróżnienia się od swoich wrogów: są ‘chrześcijanami’ walczącymi z ‘muzułmanami’ albo z ‘liberałami’, jeżeli nie ma pod ręką muzułmanów”.

Trump, Orban czy Kaczyński akurat są apologetami chrześcijańskiej demokracji i jak mało kto chcą utrzymać to, co istnieje, choć w mocno osłabionej formie, czyli podmywane przez takich jak Anne Applebaum chrześcijańskie fundamenty cywilizacji Zachodu. I w tym sensie są absolutnie konserwatystami.

W przeciwieństwie do postępowej Applebaum, dla której islamizacja i dechrystianizacja Zachodu nie jest problemem, a jest nim obrona przed tymi zjawiskami. Opowieści o „czystych rasowo narodach”, zwalczaniu „mniejszości rasowych i narodowych” czy „wolnych mediów” i „obrońców praw człowieka” to fikcja. Trump, Orban czy Kaczyński nie chcą „czystych rasowo narodów”, bo to rasizm, bezrozumnie im przypisywany. Nie zwalczają żadnych mniejszości, tylko nie chcą bolszewickiej w istocie dyktatury tych mniejszości (w imię postępu), nie chcą ograniczania praw innych wedle rosnących wymagań i żądań owych mniejszości. Nie chcą likwidować tego, co przez wieki było fundamentem Zachodu – w imię „modnych bzdur” przedstawianych jako najwyższy wykwit demokracji i cywilizacji, a de facto będących wyrazem grupowych egoizmów i prymatu hedonizmu nad klasycznymi cnotami. To postępowcy wiecznie czegoś agresywnie się domagają, przeważnie dla ekspansywnych mniejszości, kompletnie się nie licząc z innymi, a wręcz zmuszając ich do ustępowania pola gdzie się tylko da. To tacy jak Applebaum traktują chrześcijaństwo cynicznie i instrumentalnie – jako uzasadnienie do permanentnego cofania się, oddawania pola i rezygnowania z wartości i zasad. W imię otwartości i tolerancji, czyli wygodnej, a wręcz sybaryckiej bezideowości.

W Polsce Prawo i Sprawiedliwość podzieliło swoich rodaków na ‘prawdziwych Polaków’ i na ‘gorszy sort’. Trump mówi o ‘prawdziwych’ Amerykanach w przeciwieństwie do ‘elity’. (…) W swoim mrocznym, nihilistycznym wystąpieniu inauguracyjnym (…) prezydent [Trump] oznajmił, że ‘przenosi władzę z Waszyngtonu i zwraca ją wam, ludowi’. Ta nieamerykańska koncepcja ‘ludu’ ma w sobie coś więcej niż przelotne podobieństwo do dyktatury proletariatu, siły, która zgodnie z naukowym marksizmem miała rządzić światem. Bardzo też przypomina to, co Le Pen ma na myśli, kiedy mówi o ‘narodzie’ w przeciwieństwie do ‘globalnej elity’, albo to, co ma na myśli PiS, kiedy mówi o ‘suwerenie’, suwerennym narodzie, w przeciwstawieniu do większości polskich wyborców, którzy w istocie są tej partii przeciwni.

 

Applebaum udaje, że nie rozumie albo faktycznie nie rozumie, iż demokratycznie wybrani politycy mają nieporównanie większy mandat do wpływania na społeczeństwa (lud) niż współcześni oligarchowie (przez nikogo nie wybierani) manipulujący setkami milionów ludzi poprzez wpływ na rynki finansowe, poprzez stymulowanie coraz bardziej oderwanej od potrzeb konsumpcji, poprzez wdrukowywanie poglądów umacniających ich niedemokratyczne panowanie (mają wszak do dyspozycji większość mediów), poprzez wykorzenianie z wartości, żeby łatwiej było tymi ludźmi sterować.

 

Ci ludzie i ich najemnicy oraz część klienteli są ową mityczna elitą. Niemający demokratycznego mandatu współcześni oligarchowie oraz ich ponadnarodowe organizacje nie są dla Applebaum żadnym problemem. Pewnie dlatego, że jest jednym z ich najemników, choć oczywiście swoją rolę uszlachetnia.

 

Pod koniec swoich wywodów Applebaum oskarża znienawidzonych przez siebie przywódców o militaryzm i dążenie do wojny, o marzenia o „oczyszczających możliwościach przemocy”.

 

Można usłyszeć odbicie tego pragnienia wojny w schizofrenicznym przemówieniu o ‘zachodniej cywilizacji’, wygłoszonym przez Trumpa w czasie jego lipcowego pobytu w Warszawie; (…) ktoś wprowadził [do przemówienia] fragment opisujący powstanie warszawskie – straszliwą, wyniszczającą bitwę, którą mimo wykazania się wielkim męstwem Armia Krajowa przegrała. Trump oświadczył: ‘Ci bohaterowie przypominają nam, że Zachód uratowała krew patriotów; że każde pokolenie musi powstać i odegrać swoją rolę w jego obronie’. Każde pokolenie? To oznacza także nasze pokolenie. Przygotujcie broń, bo ci ludzie chcą, żebyście wy, wraz z waszymi dziećmi, krwawili i ginęli w imię odnowy cywilizacji.

 

Poświęcenie dla wspólnej sprawy i wobec śmiertelnego zagrożenia nazywa Applebaum żądzą krwi. Oznacza to, że Zachód powinien się od razu poddać każdemu napastnikowi, bo nic nie jest godne krwi. To przepis na idealnego niewolnika albo kolaboranta, przepis na zagładę Zachodu.

 

Applebaum uważa, że Zachodowi potrzeba nie odwagi oraz obrony wartości i osiągnięć naszej cywilizacji, lecz makronizacji.

 

To Francuzi być może zrobili pierwszy krok w dłuższej walce przeciw fałszywym rewolucjom, głosując na Emmanuela Macrona, pierwszego poważniejszego polityka europejskiego, który głosił konieczność zdecydowanego odrodzenia liberalizmu.

 

Brzmi to komicznie, gdy zważyć, że Macron okazuje się politykiem na wskroś niepoważnym, żyjącym mitami i infantylnymi wyobrażeniami o funkcjonowaniu państw, narodów i międzynarodowych organizacji. Makronizacja Zachodu to jego pewny upadek, a nie odrodzenie. To wizja miękkiego bolszewizmu, który nie siłami Armii Czerwonej lecz kolejnymi decyzjami sądów i trybunałów, sankcjonujących dyktaturę różnych mniejszości, rozmontowuje zachodnią cywilizację. Przejściowo uczyni to z niej liberalny raj na ziemi (a właściwie libertyński), ale szybko zostanie on podbity przez tych, którzy mają gdzieś wzniosłe hasła i demokratyczne wycie do Księżyca. Kto tu jest więc neobolszewikiem?

 

Stanisław Janecki

Publicysta tygodnika "Sieci".